Ogólnoświatowy kryzys przełomu lat dwudziestych i trzydziestych dał się we znaki również mieszkańcom Zagłębia Dąbrowskiego. Gazety z tego okresu pełne są informacji o redukcjach zatrudnienia w kopalniach, hutach i innych zakładach. A brak zatrudnienia to bieda i głód. Dlatego często zdesperowani pracownicy organizują strajki w obronie miejsc pracy. Jeden z największych odbył się w marcu w kopalniach w Zagórzu i Klimontowie. Głośno było o nim w całej Polsce.

Na początku marca 1933 roku z czołówek gazet nie schodziły przede wszystkim informacje o podpaleniu pod koniec lutego Reichstagu w Berlinie, co doprowadziło do przekształcenia Republiki Weimarskiej w totalitarną III Rzeszę. Cała Polska żyła też słynnym procesem Gorgonowej, a wszyscy szykowali się do otwarcia Magistrali Węglowej z Herbów Nowych do Gdyni a ówczesny Teatr Polski (dziś Zagłębia) kończył wystawianie sztuki Rasputin z dyrektorem Romanem Tańskim w roli tytułowej. Nie o teatrze myśleli wówczas jednak zagłębiowscy górnicy. We wszystkich kopalniach zorganizowano bowiem ostrzegawczy strajk protestacyjny przeciwko zapowiedzianej od 15 marca obniżce płac o 15 procent. Mało tego, Towarzystwo Sosnowieckie planowało zatopić całkowicie kopalnię Klimontów i unieruchomić na dłuższy czas kopalnię Mortimer w Zagórzu. Na protest zareagowały władze w Warszawie i w Ministerstwie Opieki Społecznej zorganizowały spotkanie w sprawie sytuacji w Zagłębiu. Nic to jednak nie dało, bo 9 marca we wszystkich kopalniach Zagłębia wywieszono obwieszczenia informujące górników o obniżce poborów. Nietrudno zgadnąć, jak zareagowali na tę informację.
14 marca 1933 roku na kopalni Klimontów pojawiło się kolejne ogłoszenie. Jej właściciel obwieszczał, że wymawia natychmiast pracę wszystkim, a kopalnia zostanie zatopiona. Górnicy natychmiast rozpoczęli strajk. 700 górników odmówiło wyjazdu na powierzchnię i pozostało na dole. Terenu kopalni zaczęli strzec policjanci. Szybko przy zakładzie zebrał się też tłum matek, żon i córek górników, które przyniosły dla nich ubrania i jedzenie. Delegacja kobiet wybrała się też do inspektora pracy w Sosnowcu, ale nic się nie dowiedziała. Sytuacja górników była trudna, bowiem nie przysługiwała im nawet odprawa. Zgodnie z ówczesnymi przepisami, aby je otrzymać trzeba było w ubiegłym roku przepracować minimum 156 dniówek. Z powodu kryzysu klimontowscy górnicy przerobili ich tylko 126.
Wieczorem tego dnia do strajku przyłączyła się druga przeznaczona przez właścicieli do zamknięcia kopalnia – Mortimer. Tu protestowało 400 górników. Strajkujący wydali odezwę z prośbą o pomoc. „Robotnicy i Górnicy całego Zagłębia! Zwracamy się do Was z podziemi i prosimy Was o poparcie nas i naszych rodzin, gdyż my walczymy o dobro nasze i wasze. Walka z kapitałem jest ciężka i to co nam zrobili, to jutro innych spotkać może. Dlatego wzywamy cię do poparcia nas duchowo. Chcemy być do zwycięstwa i nie przestrasza nas to, że już czterech nieprzytomnych braci naszych wyciągnięto na powierzchnię” – napisali.
Mimo upływu kolejnych dni, sytuacja nie zmieniała się. Górnicy na dole, kobiety przed kopalnią i właściciele zakładów w swoich biurach. Ci ostatni nie zezwolili na zjazd na dół proboszczów z Zagórza i Porąbki, który mieli odprawić nabożeństwo dla górników. Mszę odprawiono ostatecznie w kościele św. Joachima w Zagórzu. Podczas modlitwy zemdlało siedem kobiet. Z górnikami z Klimontowa i Mortimera zsolidaryzowali się również górnicy z kopalń Saturn, Czeladź i Kazimierz, który również podjęli strajk. Pewne odprężenie przyniosła dopiero decyzja o cofnięciu obniżki płac. Strajkujący nie zdecydowali się jednak przerwać strajku, bo nadal realną była groźba o zatopieniu kopalń.
– Na kopalni Klimontów robotnicy zgrupowani są na podszybiu, tam śpią na rozłożonych deskach. Co pewien czas zjeżdża na dół klatka, dowożąca im żywność, dostarczaną w koszykach przez rodziny. Przebywającym w podziemiach oprócz pożywienia dostarczane są gazety i książki. Poza czytaniem pism, grają w domino, warcaby itp. Na podszybiu jest dostateczna ilość powietrza i światła elektrycznego. Woda świeża dowożona jest przez strajkujących z dołu kopalni. Woda ta zdatna jest do picia. Dla rozprostowania kości, po niezbyt wygodnie przesypianych nocach, bo na deskach lub na podłodze betonowej, robotnicy urządzają grupowe spacery w głąb chodników. Robotnikami, którzy nie mają rodzin na Klimontowie opiekuje się komitet pomocy strajkującym – relacjonował Kurier Zachodni. Iskra.
W końcu 21 marca do Zagłębia przyjechał wojewoda kielecki Jerzy Paciorkowski. Najpierw spotkał się z kierownictwem Towarzystwa Sosnowieckiego, a potem z delegacją strajkujących górników. W oświadczeniu dla prasy stwierdził, że kwestia zatopienia nie jest jeszcze przesądzona. Zapowiedział także wsparcie finansowe dla górników, którzy stracą pracę. Tymczasem o proteście wiedziała już cała okolica i wspierała protest. Dzień wcześniej do Klimontowa przywieziono furę chleba, furę kiszki i całą masę innej żywności, którą rozdzielono między strajkujących i ich rodziny. Jak pisał Express Zagłębia, protest przyciągnął też do Klimontowa agitatorów komunistycznych, których sprawnie wyłapała policja. Mimo deklaracji wojewody górnicy zdecydowali się jednak nie przerywać protestu, a delegaci Szymanek z Klimontowa i Śledź z Mortimera wyjechali do Warszawy na spotkanie z ministrem opieki społecznej gen. Stefanem Hubickim, swoją drogą szwagrem wojewody Paciorkowskiego. Nie dowiedzieli się niczego nowego, więc zdecydowali się przystąpić do pertraktacji na temat zmiany przepisów dotyczących wypłacania zasiłków z kasy brackiej. Ostatecznie 24 marca górnicy obu kopalń wyjechali na powierzchnię.
Robotnikom udało się wywalczyć wypłatę 13-tygodniowego zasiłku z Funduszu Bezrobocia i trzymiesięczny deputat węglowy. Nadal mogli też zajmować mieszkania kopalniane i uprawiać warzywa w ogródkach na kopalnianych gruntach. Mieli również otrzymać pieniądze z Kasy Brackiej, ale dopiero po uregulowaniu spraw jej regulaminu. Towarzystwo Sosnowieckie powiadomiło rząd, że kopalnia Klimontów nie będzie zatopiona, a część zakładów ma zostać jedynie unieruchomiona. Nie okazało się to prawdą, bo oba zakłady kilka tygodni później zatopiono.
Obie kopalnie uruchomili w czasie okupacji Niemcy nadając im nazwę Bismarck. Krótko po wojnie, do 1950 roku działały razem jako KWK Klimontów-Mortimer, ale szybko ponownie je rozdzielono, jak się okazało na 24 lata. Sporo działo się w tym czasie w Zagórzu, bo do kopalni Mortimer dołączono budowaną kopalnię Porąbka z szybem Jadwiga należącym kiedyś do kopalni Klimontów II. Od 1958 roku zakład działał jako KWK Mortimer-Porąbka. Starą część zlikwidowano na przełomie lat 60. i 70 i ulokowano tam m.in. Fabrykę Silników Elektrycznych Małej Mocy Silma. W 1974 roku oba zakłady połączono w jedną KWK Czerwone Zagłębie, która po zmianie ustroju przyjęła nazwę Porąbka-Klimontów. Ruch III Klimontów zlikwidowano jako pierwszy. Już w 1993 roku zasypano szyby Jan i Władysław, w którym – tu ciekawostka – do samego końca działała parowa maszyna wyciągowa, a dwa lata później szyb Mariusz. 31 grudnia 1998 roku na powierzchnię wyjechała ostatnia zagórsko-klimontowska tona węgla, a górnictwo w tych mających długą historię wsiach, a dziś dzielnicach Sosnowca przeszło do historii.





