Urodził się w Sosnowcu, choć jego dzieciństwo w rodzinnym mieście trwało krótko. – Gdy miałem sześć lat, ojciec miał wypadek na kopalni. Rękę mu strzaskało, więc uznali, że jest niezdolny do roboty. A wtedy rent nie było, więc po prostu go zwolnili – wspomina major Zygmunt Ociepka.
Rodzina z ul. Wodnej w Sosnowcu przeniosła się wtedy na wieś za Szczekocinami, do wsi Chlewice. – Kupiliśmy dwa hektary ziemi. Domek był, pod słomą oczywiście. Ojciec z czasem doszedł do siebie – wyleczył go wiejski felczer, taki cudotwórca, bo miał wszystkie popękane kości. Pieniędzy nie wziął, bo i skąd? – opowiada ze śmiechem.
Tam, w Chlewicach, rozpoczął naukę w szkole powszechnej. – Po ukończeniu szkoły, ojciec dostał pismo z Gliwic, żebym mógł przyjechać do szkoły i dalej się uczyć. Miałem zrobić maturę w dwa lata, a potem inżynierkę. Ojciec się nie zgodził, mówił: „Nie mamy za co, synu”. Bo była nas w domu dziewiątka dzieci, a nie wierzył, że szkoła będzie bezpłatna – dodaje.
Zamiast inżynierem został żołnierzem. W sierpniu 1945 roku, gdy miał zaledwie 20 lat, zgłosił się do wojska. Miał za sobą już miesiące przymusowej pracy dla Niemców w kamieniołomie w Kielcach. – Po tym, jak ledwo przeżyłem wojnę, chciałem zobaczyć świat, coś zrobić ze sobą – mówi.
Wojna, która nie skończyła się po wojnie
Przeszedł na szkolenie wojskowe i uczył się żołnierskiego rzemiosła. – Nie chcieli mnie puścić do domu. Po dwóch latach podjęli decyzję: na wschód. Po śmierci generała Świerczewskiego zaraz nas wysłali, pod koniec marca 1947 r. Byliśmy tam do końca sierpnia – wspomina.
Zygmunt Ociepka należał do grupy specjalnej, działającej w lasach w okolicach Uhnowa, wówczas należącego do Polski, ale w wyniku korekty granic z 1951 r. dziś w granicach Ukrainy. – Codzienność była trudna, pełna strachu i braku snu. Szukaliśmy Ukraińców, bandytów, co mordowali Polaków. Po trzy, cztery noce w lesie bez wody, bez przerwy. W błocie, w ciszy czekaliśmy i nie wiedzieliśmy, czy nawet dożyjemy świtu. Czasem cisza była tak wielka, że słyszeliśmy, gdzie mrówka idzie – mówi.
W jednej z akcji jego oddział natknął się na grupę uzbrojonych Ukraińców ukrywających się w zamaskowanym bunkrze. – Na podwórku widzieliśmy druty wystające z ziemi. Jak pociągnęliśmy, to widać, że coś jest pod spodem. Słoma, ziemia, a pod tym wejście do bunkra. Krzyczymy, żeby wyszli – cisza. Puściliśmy granaty. Zaczęliśmy do nich schodzić. Bilans? Dwóch rannych, jeden zabity. Puściliśmy kolejnego z nas na przeszpiegi. Wychodzi i mówi: „Nikogo nie ma, cisza”. A my przecież mamy jednego zabitego i dwóch rannych. W końcu weszliśmy. W środku duszno, brak powietrza. Trzech, którzy się ukrywali pod deskami, zasypanych ziemią, nie przeżyło bez powietrza. A jeden, co przeżył, mówił: „Ja jestem Polakiem. Musiałem tu być, byłem oficerem żywnościowym” – opowiada. – Zapasów jedzenia mieli na 10 lat. Przez trzy tygodnie ładowaliśmy je na ciężarówki – dodaje.
Z tego czasu zapamiętał też krajobraz spalonych wsi, opuszczonych, bez żywego ducha. – Wieś spalona, tylko dzwony wiszą. Szesnaście gospodarstw zniszczonych, tyle dzwonów wisi na skraju wsi. Do dziś to widzę pod powiekami.
Żołnierskie lata i powrót do Sosnowca
Po powrocie ze wschodu Zygmunt Ociepka pozostał w wojsku. Służył w Skwierzynie, potem w Międzyrzeczu, łącznie dziesięć lat. – Nie chcieli mnie puścić do cywila. Mówią: pójdziesz po pięćdziesięciu latach. To się śmiałem, że może i tak być. Szkoliłem rekrutów i uczyłem tego, czego się nauczyłem, jak ogień artyleryjski, obsługa dział, celowanie i procedury bezpieczeństwa – opowiada z uśmiechem.
W wojsku awansował, uzyskał stopień majora Wojska Polskiego i w końcu się doczekał, wrócił do cywila – i do rodzinnego Sosnowca. Do pracy poszedł na kopalnię Sosnowiec, gdzie przepracował pod ziemią kolejne 28 lat, a potem jeszcze kilka, już na powierzchni kopalni. Jeszcze podczas służby wojskowej założył rodzinę, wychował córkę, doczekał się wnuczki, dwóch prawnuczek i sześciu praprawnuków. Do dnia dzisiejszego kieruje sosnowieckim oddziałem Związku Kombatantów RP i Byłych Więźniów Politycznych.
Sto lat majora
12 października tego roku Zygmunt Ociepka obchodził swoje setne urodziny. Dzień wcześniej hucznie świętował w Sosnowcu razem z rodziną, przyjaciółmi, władzami miasta i przedstawicielami wojska. Otrzymał liczne listy gratulacyjne, w tym od premiera polskiego rządu. Był też tort, życzenia, dużo wzruszeń i wspomnień.
Jaka jest recepta na długie i dobre życie? Major w stanie spoczynku Zygmunt Ociepka mówi krótko, po żołniersku: – Nie przejmować się głupimi rzeczami bez znaczenia, bo głupie rzeczy i kłótnie doprowadzają tylko do ruiny małżeńskiej i ruiny przyjaźni. Trzeba żyć dobrze z drugim człowiekiem. I nie nosić w sobie złości. Bo złość to choroba – podkreśla.










