Sosnowiecki zespół Sexy Suicide tym razem proponuje swoim fanom nie utwór stworzony i dopracowany przez jego członków, ale cover. Na warsztat wzięli kawałek „Miejskie opowieści”, który jakieś czas temu nagrała formacja The Analogs. Co ciekawe, mimo że sporo różni się od oryginału, zyskał uznanie u pierwotnych twórców, którzy pochwalili go w mediach społecznościowych. O pomyśle na cover i jego powstawaniu opowiedział nam Bartłomiej „Poldek” Salamon, członek Sexy Suicide.
Utworu możecie posłuchać tutaj:
https://www.youtube.com/watch?v=NUcmYvKsWLU&list=RDNUcmYvKsWLU&start_radio=1
Skąd pomysł na cover Analogsów?
Z natury nie lubię coverów. Jeżeli ktoś z tym przegina, to moim zdaniem jest to takie budowanie siebie na bazie czyichś dokonań. Jeżeli już jednak ja decyduje się na taki krok, to uważam, że sens ma wzięcie czegoś z danego gatunku i podanie tego zupełnie po swojemu, czyli własny pomysł na interpretację piosenki. Nigdy nie rozumiałem i zawsze trochę śmieszyło mnie, kiedy np. zespół metalowy coverował numer zespołu metalowego, albo punkowy, innego punkowego bandu – jaki jest w tym sens, skoro zrobione jest to tak, że niczym się prawie nie różni? W następstwie tego, że The Analogs to mój ulubiony polski punkrockowy zespół (nie wdając się już w szczegółowe doprecyzowania podgatunkowe), którego muzyka niezależnie od tego, czego słuchałem równolegle, towarzyszy mi zawsze od czasów nastoletnich, wybór padł na nich. W moim odczuciu cechuje ich bardzo istotna dla mnie rzecz, czyli prawda. Jest wiele zespołów z tej sceny które są popularne, jednak ja im nie wierzę, nie kupuje tego. Opieram się jak zawsze na tym, co czuję, ale też na pewnych kwestiach dotyczących tematów, o których wiem. Czasem jest tak, że słuchamy kogoś, kto może jest dobry technicznie, tłumy chodzą na ich koncerty, ale ja wiem, że to, co robią nie jest szczere i autentyczne, że to nie wzięło się z życia tych ludzi. Z drugiej strony zdarzają się sytuacje na tej scenie, że pewne zespoły są prawdziwie uliczne, ale z kolei nie odpowiadają mi ich poglądy. Z Analogsami nie mam tego problemu, zgadza się jedno i drugie. Po za tym o co chodzi w muzyce? O melodię i teksty, a ich są świetne, zwyczajnie bliskie mojemu sercu jako „chłopakowi z osiedla”.
Dlaczego właśnie „Miejskie opowieści”? Myśleliście też nad innym kawałkiem?
Nie, od początku chciałem zrobić ten numer i miałem na niego pomysł. Oprócz wiadomych „klasyków”, płytami które bardzo cenię w ich dyskografii są „Taniec Cieni” oraz właśnie „Miejskie Opowieści”. To albumy innowacyjne, a nawet trochę eksperymentalne. Jest tam dużo nowych rozwiązań, damskie wokale, instrumenty klawiszowe, romansowanie z innymi gatunkami… Przecież o to chodzi w muzyce, szczególnie punkrockowej, o przekraczanie granic, o samozaprzeczenie, o prowokacje, o rozwój, ale jednocześnie stałe przekazywanie tego, co ma się do powiedzenia. Różne formy mogą być Twoim orężem walki, tak było od momentu narodzin gatunku. Szkoda, że tak wielu ludzi już o tym zapomniało… Co do wyboru utworu, to od początku celowałem w tytułowy numer. Współgrał on pod względem melodii i tekstu z koncepcją, jaką miałem w głowie, czyli inspiracją heartland rockowymi balladami w stylu Bruce’a Springsteena z końca lat 70. Tematyka jest pokrewna z tą poruszaną również przez nas: osamotnieniem, beznadzieją i brutalnością życia w pofabrycznym mieście, szczególnie w tamtych latach oraz zasadami, którymi kierujemy się idąc przez życie. Aranżacyjnie oraz wokalnie numer chcieliśmy jednak zromanantyzować, lubię takie słodko-gorzkie zestawienia.
Ile trwały przygotowania i samo nagranie utworu?
Nawet nie pytaj… Od czasu pierwszej rozmowy na ten temat z Pigułą (Paweł Czekała, muzyk The Analogs – red.), do momentu publikacji, chyba prawie półtora roku. To dlatego, że ja nie jestem wykształconym muzykiem, więc zanim to wszystko co sobie wymyśliłem, zaaranżowałem i zagrałem, minęło dużo czasu. Później przyszedł czas na nagranie, mix i master w studio S-TONE u Miśka. Równolegle realizowaliśmy teledysk, który postanowiłem eksperymentalnie nakręcić i zmontować samemu metodą DIY. Wszystko przeciągało się w czasie również z tego powodu, że najpierw musiałem rozgryźć dość profesjonalny i skomplikowany program do obróbki wideo z którym nie miałem wcześniej styczności, a dopiero później zabrać się za cięcie, synchronizację, montaż itp. Powiem krótko – nie róbcie tego sami w domu (śmiech). Oczywiście w międzyczasie doszło granie koncertów i inne sprawy zespołowe oraz prywatne i tak to trochę trwało.
Gdzie był kręcony teledysk?
Teledysk był realizowany oczywiście w Sosnowcu. Miejsce udostępniły nam lokale Chicago Bar&Restaurant oraz Restauracja Ha-Long przy ul. Orlej 30, za co bardzo dziękujemy. Chodziło mi o oddanie miejskiej, nocnej atmosfery „po godzinach”, aby stworzyć melancholijny klimat z nieco Twin Peaks’owym oświetleniem. Między sekwencjami przewijają się także zdjęcia bloków Osiedla Piastów w dzielnicy Stary Sosnowiec, na którym się wychowałem oraz nocnych ulic. W realizacji pomogli nam również nasi znajomi Ola Weber i Wojtek Pełka, którym również bardzo dziękujemy.










