„Pleśń” to nowa książka Przemysława Żarskiego. Autor kontynuuje w niej wątki z poprzedniego „Fermentu” i kolejny raz zabiera sosnowiczan i nie tylko w podróż do miasta z początku lat dziewięćdziesiątych.

W księgarniach jest już Twoja kolejna książka, czyli „Pleśń”. Czy pisanie idzie Ci teraz szybciej?
Może się tak tylko wydawać. Dziś trzeba pisać 2-3 książki rocznie, by się z tego utrzymać, ale nie myślę w ten sposób. To wciąż moja pasja, ale rzeczywiście – jedenaście miesięcy zajęła mi praca nad „Pleśnią”. Staram się dopracować moje opowieści w każdym szczególe. Nie musiałem tworzyć tego świata od podstaw, bo już funkcjonował. To nie jest oczywista i linearna kontynuacja „Fermentu”. Wracamy do miejsc i sytuacji z poprzedniej książki, ale są też nowe sprawy. Dużo się dzieje.
Możemy zdradzić, że kontynuowany jest temat kości znalezionych przy jednym z fińskich domków w Klimontowie i wątek, który dział się w niedokończonym hotelu przy dawnej KWK Sosnowiec.
To trudne, bo z jednej strony piszę kontynuację dla Czytelników, którzy znają „Ferment” i czekają na rozwinięcie tych wątków, ale są też nowi odbiorcy, którzy muszą się w tej historii odnaleźć. Kontynuuję wątek współczesny: sprawę Laury Halber, kontakty Adama Lindego z córką, czyli i sprawy obyczajowe, i śledztwo policyjne. Zupełnie inna jest za to historia z lat 90. Wcześniej mieliśmy środowisko punkowe, a teraz to skinheadowskie, a może bardziej chuligańskie.
„Pleśń” to kolejny w Twoich książkach powrót do lat 90. Czujesz sentyment do tego okresu?
Na pewno jest to powrót do czasów, kiedy się wychowywałem i dorastałem. Staram się nie romantyzować tych lat, bo to był trudny okres. Dzisiaj z perspektywy czterdziestolatka mogę powiedzieć, że kojarzy nam się dobrze, bo byliśmy młodzi i cały świat miał należeć do nas. Ale z perspektywy lat wiemy, że nie było łatwo, co ma związek z transformacją gospodarczą. Te lata są scenografią dla tej historii. Odrysowuję miasto z tego okresu i wsiąkam w subkultury, których dzisiaj już nie ma. Chcę pokazać, co się stało z tym pokoleniem i jak bardzo się zmieniliśmy. Ile zostało z naszych planów i ambicji.
Skąd ten tytuł? Pleśń kojarzymy negatywnie jako wynik jakiegoś zaniedbania, ale jednocześnie coś, czego przy sprzątaniu można się szybko pozbyć.
Zwykle tytuły moich książek powstają na początku pisania, ale w przypadku „Pleśni” tytuł ustaliłem na samym końcu. Długo nad nim myślałem i nie mogłem znaleźć właściwego słowa. Bardzo lubię, gdy czytelnicy odkrywają jego znaczenie w fabule, na swój indywidualny sposób. Nie chciałbym za dużo zdradzać, ale rzeczywiście te wszystkie rzeczy, które się w nas osadzają na przestrzeni lat i sprawiają, że dojrzewamy i zmieniamy się mają formę i konsystencję, która przypomina pleśń. Te zaszłości, relacje i kwestie, które przetrawiliśmy w dzieciństwie często są nalotem, który zaczyna nam ciążyć albo sprawia, że się rozpadamy od środka. To bardzo mocno w tej historii wybrzmiewa.
I „Ferment”, i „Pleśń” nie są oczywiście przewodnikiem po świecie subkultur, ale obie dotykają tego tematu. Interesują Cię subkultury jako zjawisko społeczne?
Uznałem, że to ciekawy wątek jeśli chodzi o lata 90. Od początku myślałem o dwóch częściach tej opowieści, ale dziś zastanawiam się też, czy nie oddać w przyszłości głosu środowisku metalowemu. Subkultury były zjawiskiem dość powszechnym i interesującym. Każdy widział tych kolorowych ludzi, którzy przemieszczali się ulicami i tych, którzy tłukli się gdzieś w bramach. Osadzenie bohaterów w konkretnym środowisku pozwala zrozumieć to, skąd się wywodzimy, dokąd zmierzamy i co nas łączyło. Presja grupy rówieśniczej przybierała wtedy różne maski. Łączyła na także muzyka, tym bardziej w Sosnowcu, który miał wtedy tę scenę bardzo mocną i charakterystyczną. Dziś klimat się zmienił i inaczej spędzamy czas. Postanowiłem nieco odkurzyć tamte doświadczenia.
Własne obserwacje i wspomnienia z lat 90. to jedno, ale zawsze starasz się też spotkać z ludźmi, którzy wtedy w te środowiska wsiąknęły dość głęboko. Jak wspominają ten czas? Młodość zawsze wspomina się dobrze, ale też nie zawsze było wtedy grzecznie, więc pewno i z tymi wspomnieniami bywa różnie.
Nie oceniam ani moich bohaterów, ani decyzji osób, z którymi rozmawiam, przygotowując się do pisania. Myślę, że to nie jest moja rola. Staram się oddać im głos i przestrzeń. Te rozmowy były świetne. W przypadku „Fermentu” po muzycznym Sosnowcu z tamtych lat oprowadził mnie Mariusz „Demon” Dzwonek z zespołu Frontside. Jest wspaniałym źródłem wiedzy i super się go słucha. W przypadku osób, które funkcjonowały w środowisku skinheadowskim równie dobrze było posłuchać tego, jak oni to wspominają. Poznać ich perspektywę. To nigdy nie jest czarno-białe. Fajnie, że potrafimy dziś spojrzeć na to bez naleciałości i nazwać pewne zjawiska po imieniu. Dziękuję im, bo pomogli mi stworzyć przestrzeń, która rozbrzmiewa różnymi historiami, ale przede wszystkim ludźmi. To były bardzo konstruktywne i ciekawe rozmowy.
Liczyłem i wyszło mi, że „Pleśń” to Twoja dziewiąta książka. Czujesz się bardziej doświadczonym pisarzem z książki na książkę i pisze Ci się łatwiej?
Z jednej strony tak, bo jest to już jakiś dorobek. Każda z książek ukształtowała mnie bardziej jako pisarza, ale każda kolejna jest też nowym wyzwaniem. Chyba nie da się pisać książek taśmowo. W każdą trzeba włożyć dużo serca i emocji. A przynajmniej ja tak robię. Wiele daje mi też ich odbiór przez Czytelników. Bez nich moje pisanie nie miałoby sensu.
A zmienił się w ciągu tych kilku lat Twój sposób pracy nad książką?
Na pewno trochę eksperymentuję z formą po to, by ten proces usprawnić. Gdybym miał spojrzeć na drogę od debiutu do ostatniej powieści, to rzeczywiście sporo się zmieniło. Piszę inaczej, ale bardziej chodzi o proces niż o samą treść. Cały czas się uczę, staram się też za każdym razem odkrywać jakąś nową stronę pisania, stawiać sobie kolejne wyzwania. Za każdym razem trochę zmieniam metodę i cel, a później obserwuję, co się w tym czasie wydarzy.
Jakie plany po „Pleśni”? Był taki moment, że stwierdziłeś, że trzeba odpocząć od Sosnowca i powstały książki, których akcja nie dzieje się bezpośrednio u nas.
Przynajmniej sześć z dziewięciu powieści ma wątki związane z Sosnowcem. To nie jest tak, że muszę odpocząć od Sosnowca. Jestem z nim związany, wciąż tu mieszkam. Żeby się rozwijać muszę szukać nowych wyzwań i nowych historii do opowiedzenia. Piszę już coś nowego, zupełnie dla mnie innego, ale gdzieś z tyłu głowy myślę o kontynuacji serii z Robertem Kreftem, czy właśnie z Laurą Halber. Mam otwarte trzy pliki i zastanawiam się, którą z tych historii rozwinąć. Do Sosnowca wrócę na pewno, bo to moje miejsce, ludzie i historie z których wyrastam. To dla mnie bardzo ważne. Ale wciąż szukam nowych tematów i rozmawiam z ludźmi, bo oni mnie inspirują.


![„Gorączka żelaza”. Pozycja obowiązkowa [RECENZJA]](https://kuriermiejski.com.pl/wp-content/uploads/2026/10/2026-09-18-GoraczkaZelazaHuta-foto-Jeremi-Astaszow-net21-75x75.jpg)











